02.12.2008  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!

Szkoła życia

2008-01-07 09:56:28
Aktualizacja: 2008-01-07 13:48:12
Szkoła życia

Nauczyciel. W Polsce najczęściej niedoceniany przez uczniów, rodziców ipracodawców. Zarabia marnie, żeby godnie przeżyć kolejny miesiąc, musidorabiać.

Wolny czas wykorzystuje na korepetycje, zajęcia w prywatnych szkołach,pisanie opracowań. Nocami sprawdza klasówki i prace domowe. Nie jestzaskoczeniem, że w porównaniu z polską rzeczywistością, Wielka Brytaniawypada zdecydowanie lepiej.

Spróbować szczęścia w Londynie

Joanna przyjechała do Londynu zaraz po otwarciu granic dla Polaków – wlipcu 2004 roku. Nie była to jej pierwsza wizyta na Wyspach. W liceumuczestniczyła w programie wymiany z uczniami z Anglii. Wtedyzdecydowała, że będzie studiować anglistykę. Na studiach wielokrotnieodwiedzała stolicę nad Tamizą. Nawiązała tu znajomości i przyjeżdżałaprzy każdej nadarzającej się okazji, żeby podszlifować język. Zaraz postudiach zaczęła pracę – a jakże – jako nauczycielki językaangielskiego w szkole średniej. – Bardzo lubiłam swoją pracę – opowiada– ale zarobki mnie przygnębiały. Wszyscy znani mi nauczyciele musieliudzielać korepetycji, żeby jakoś związać koniec z końcem. Potempojawiło się kolejne rozczarowanie – nowa matura. Krótko mówiąc pracanie spełniła moich oczekiwań.

Po maju 2004 roku Joanna postanowiła spróbować szczęścia w Londynie.Już po pierwszym spotkaniu w sprawie pracy dostała posadę w szkolejęzykowej. Zaczęła od organizowania zajęć dla kursantów i prowadzeniabiura, ale po roku zaczęła się zastanawiać, co dalej? – Tęskniłam zaswoim zawodem, postanowiłam więc poszukać pracy w angielskiej szkole –mówi – nadzieją napawały mnie informacje o niewystarczającej liczbienauczycieli w szkołach średnich w Anglii. Zaczęłam dzwonić do agencji.W niektórych w ogóle nie chciano z nią rozmawiać – w jej CV brakowałodoświadczenia w angielskiej szkole.

Nie dawała jednak za wygraną i w końcu znalazła agencje, które byłyzainteresowane. Jednocześnie szukała ogłoszeń od szkół na stronachinternetowych. Wysłała kilka zgłoszeń bezpośrednio do szkół izarejestrowała się w dwóch agencjach. W obu zaproponowano jejstanowisko „supply teacher”, czyli nauczyciela na zastępstwa. – Nieprzypadło mi to do gustu, ale pomyślałam sobie, że jakoś się przemęczęprzez parę miesięcy i nikt mi już nie zarzuci, że nie mam doświadczeniaw angielskiej szkole – wyjaśnia Joanna – nie zdążyłam jednakzrealizować tego planu, ponieważ jedna ze szkół, do których wysłałamzgłoszenie zaprosiła mnie na rozmowę. Joannie polecono przygotowaniegodzinnej lekcji dla dziewiątej klasy na temat jednej ze scen„Makbeta”. – Ogarnęła mnie panika – mówi – sam „Makbet” nie był mistraszny, ale uświadomiłam sobie, że niewiele wiem na temat nauczania wAnglii, a przecież nie mogłam się zbłaźnić. Przygotowałam sięnajlepiej, jak mogłam. Po pokazowej lekcji Joanna odbyła jeszczerozmowę z dyrektorem szkoły, na której przeegzaminowano ją dokładnie zjej polskich doświadczeń i… miała tę pracę! – Nie mogłam uwierzyć wswoje szczęście – opowiada – nie tylko dostałam pracę, alezaproponowano mi od razu kontrakt na czas nieokreślony. Z przyjemnościązadzwoniłam do agencji, które nie dawały mi szans na pełnoetatową pracęw szkole.

Nie taki diabeł straszny…

Przez pierwsze dwa tygodnie grudnia Joanna przyjeżdżała do szkoły napół dnia, żeby obserwować lekcje, zadawać pytania i oswajać się z nowymmiejscem pracy. Na święta jeszcze poleciała do Polski i z Nowym Rokiemzaczęła pracę w katolickiej szkole w Walthamstow. Choć wciąż ją cośzaskakuje, czuje się w „swojej” szkole bardzo dobrze. – Wszyscy sąbardzo pomocni, chętnie dzielą się materiałami, a atmosfera panująca wszkole jest naprawdę miła – mówi Joanna. W szkole Joanny dużą wagęprzywiązuje się do dyscypliny. – Podoba mi się, że nauczyciel nie jestpozostawiony sam sobie – mówi – w razie problemów z uczniem, możnawezwać na pomoc dyżurnego nauczyciela starszego stażem. Ponieważ jestto szkoła katolicka, codziennie rano uczniowie się modlą, w piątki sąapele dla całej szkoły. Duży nacisk kładzie się tu na poszanowaniewartości etycznych.

Szkoła katolicka nie oznacza jednak, że nie ma w niej żadnychproblemów. Jednak metody ich rozwiązywania diametralnie różnią się odtych przyjętych w Polsce. – W naszym kraju najczęstszą metodą „walki” zkrnąbrnym uczniem jest nękanie go odpytywaniem na każdej lekcji –opowiada Joanna – tu najskuteczniejszą bronią jest telefon do rodziców.Inne angielskie metody, jak zostawianie uczniów w „kozie” niekonieczniedo mnie przemawiają. Odpytywania przy tablicy w Anglii się niepraktykuje. Głównym sprawdzianem wiedzy uczniów są egzaminy państwowe,równie ważne dla uczniów, jak dla szkoły, bo ich wyniki decydują omiejscu w rankingach, a co za tym idzie – prestiżu i dobrej opinii.

Inny nie znaczy gorszy

Inne różnice między angielską a polską szkołą, które przychodzą dogłowy Joannie to brak dzienników, codzienne krótkie zebranianauczycieli, unormowany czas pracy (codziennie 5 godzin, niezależnie odilości lekcji) i najważniejsza: angielscy uczniowie nie ściągają! –Podoba mi się moja praca – mówi Joanna – a myślę, że z czasem będziejeszcze lepiej, bo nabieram coraz więcej pewności siebie. Na razie niemyślę o tym, w jakim kierunku zmierza moja kariera, cieszę się tym, comam teraz.

Rafał przyjechał do Londynu latem 2004 roku. W Polsce skończyłfilologię angielską i pracował jako nauczyciel języka angielskiego wTychach. Półtora etatu w gimnazjum i drugie tyle wieczorami w szkołachjęzykowych zapewniało mu przyzwoite zarobki, ale zupełnie niezostawiało czasu na… życie. Czemu by nie spróbować w Londynie –pomyślał.

Jeszcze z Polski wysłał kilkadziesiąt CV, przetłumaczył dyplomy izłożył podanie o status kwalifikowanego nauczyciela w WielkiejBrytanii. Dostał go bez problemu po kilku tygodniach. – Już w dniuprzyjazdu pobiegłem na pierwszą rozmowę o pracę – opowiada Rafał – szeffirmy organizującej kursy językowe dla mniejszości narodowych sam ledwowładał angielskim. Rozmawialiśmy trochę o Polsce, trochę o imigrantach,o samym nauczaniu – niewiele. Po tej pierwszej rozmowie już wiedziałem,z jakimi pracodawcami mogę mieć do czynienia. Odbyłem jeszcze kilkapodobnych rozmów, na których wszyscy byli pod wrażeniem widząc mójlicencjat (tytuł BA) w życiorysie. Magister (MA) filologii angielskiejnic im nie mówił. Pytali nawet, co to za kierunek, ta „filozofiaangielska”.

Główną przeszkodą, jaką Rafał napotkał przy poszukiwaniu pracy, byłbrak doświadczenia w brytyjskiej szkole. Początkowo dostawał tylkopropozycje pracy jako asystenta nauczyciela – a to zupełnie go niesatysfakcjonowało finansowo. – To dobra droga, jeśli komuś zależy napracy nauczyciela w państwowej szkole – mówi – ale trzeba się pogodzićz tym, że po pięcioletnich studiach przez jakiś czas wykonuje siępracę, którą równie dobrze wykonują rodzice dzieci, bez żadnychkwalifikacji.

Znalazł prace po pięciu tygodniach. Zatrudniła go duża firmaszkoleniowa prowadząca kursy dla bezrobotnych. – Uczyłem angielskiego,matematyki i IT do poziomu GCSE, który Anglicy dumnie nazywają swojąmaturą, a który ledwie dorasta do poziomu gimnazjalnego w Polsce –opowiada. Zaczynał od prowadzenia kursów dla bezrobotnych Anglików iinnych narodowości. Po rozpoczęciu pracy o 8.30 miał godzinę naprzygotowanie się do zajęć, później prowadził trzygodzinne zajęcia zangielskiego lub matematyki. – Ćwiczyliśmy głównie ortografię, pisanieoraz proste działania matematyczne – wydawanie reszty, zaokrąglanie,obliczanie obwodu, pola czy objętości w prostych sytuacjach zcodziennego życia. Uczniowie pytali mnie na przykład, który przycisk nakalkulatorze oznacza „dodać”, a który „pomnożyć”, bo przecież jedno idrugie to „taki krzyżyk.”

Po lunchu o 13.00 Rafał pomagał bezrobotnym w szukaniu pracy, pisaniuCV i listów motywacyjnych. – Teraz już nie dziwię się niczemu, ale napoczątku pamiętam moje zdumienie gdy musiałem kilka razy tłumaczyćAnglikom, że nazwę ulicy w adresie piszemy wielką literą, nie mówiącjuż o tym, że żaden z nich nie potrafił poprawnie opisać swoichobowiązków u poprzednich pracodawców – mówi Rafał.

Prowadził też dodatkowe zajęcia dotyczące zachowania się na rozmowie opracę czy rozmowy z pracodawcą przez telefon. Uczniowie kończylizajęcia o 15.00, nauczyciele zostawali do 16.30, aby dopełnićformalności papierkowych. – Kilka razy zdarzyło mi się zabrać moichuczniów na wycieczkę do centrum Londynu – do Muzeum HistoriiNaturalnej, Muzeum Nauki czy Hyde Parku – opowiada – rodowicidwudziestoparoletni Anglicy pytali mnie jak duży jest Hyde Park i gdziepowinniśmy wysiąść…

Teraz Rafał prowadzi kursy komputerowe i jego obowiązki ograniczają siędo pomagania uczniom, którzy utknęli na jakimś zadaniu. Ma dużo mniejpracy, jest więc dodatkowo odpowiedzialny za prowadzenie administracjikursów czy marketing. – To ostatnie właściwie nie jest potrzebne – mówiRafał – darmowe kursy sponsorowane przez rząd brytyjski nie potrzebująreklamy. Ostatnio nasza szkoła przeżywa oblężenie Polaków.

Rafał bardzo lubi swoją pracę. Docenia znakomitą atmosferę w biurze,możliwość pomagania rodakom oraz fakt, że praca nauczyciela w Londyniewymaga o wiele mniej poświęcenia niż w Polsce. Ciekawie prowadzi mu sięzajęcia w tak międzynarodowym towarzystwie, kiedy często w jednejklasie znajdują się przedstawiciele wszystkich kontynentów czy religii.– Nie sposób się tu nudzić – podsumowuje.

Robert właściwie nie planował wyjazdu za granicę, ale jego narzeczonawłaśnie zaszła w ciążę, we dwoje zarabiali 1000 zł. Mieszkali wBiałymstoku, w jednym pokoju z mamą Violi, a widoków na lepsze jutronie było. Ona miała przed sobą poród, a potem obronę pracymagisterskiej. On biegał od bezpłatnych praktyk „dla papierka” doagencji finansowej, w której pracował, z agencji na korepetycje i takbez końca.

29 lipca 2004 roku (oboje pamiętają tę datę doskonale) Robert dostałe-mailem ofertę pracy w Anglii od agencji pośrednictwa i wtedy obojepomyśleli o wyjeździe za granicę. Praca była w fabryce, dojazd zadarmo, w razie czego powrót też za darmo. Jedynym problemem był fakt,że… Robert miał wyjechać za cztery dni. – Zastanawialiśmy się wieczoremw czwartek, co będzie z nami? – mówi Robert – Viola była w ciąży,gdybym nie wrócił do domu do porodu zaczęłaby się cała zabawa zuznawaniem dziecka, bo przecież nie byliśmy małżeństwem. Trzeba byłoznaleźć szybkie rozwiązanie. W piątek Robert zamiast na praktykiposzedł do agencji, która zaoferowała mu pracę. Wziął udział w rozmowiekwalifikacyjnej i teście sprawnościowym, czyli sprawdzeniu umiejętnościwkręcania śrubek. Poszli też razem z Violą do urzędu stanu cywilnego. –Kierownik wytrzeszczył oczy, kiedy usłyszał, że chcemy wziąć ślub wponiedziałek – śmieje się Viola – ale nie powiedział nie. Weekendspędziliśmy na kompletowaniu dokumentów, namawianiu świadków, żebyprzyjechali do nas z Płocka i załatwianiu tysiąca innych formalności.Ale w poniedziałek wieczorem byliśmy już po ślubie. Następnego dniarano Robert pojechał szukać szczęścia na Wyspach.

Na początku Robert imał się różnych prac – w fabryce okien, w ochroniei szkolił język. Żona znalazła na forum internetowym wskazówki, jakzostać Asystentem Nauczyciela (Teaching Assistant) – to osoba, którajest w klasie podczas lekcji i pomaga nauczycielowi w prowadzeniuzajęć. Robert bał się, że nie poradzi sobie z językiem, ale z pomocą iza namową żony wysłał CV do kilku szkół. Już po dwóch dniach rozdzwoniłsię telefon. W pierwszej szkole, do której zaproszono go na rozmowędostał pracę. – To były proste obowiązki i nieduże pieniądze – mówiRobert – ale od czegoś trzeba było zacząć. Pomagałem dzieciom wrozwiązywaniu zadań, sprawdzałem jak sobie radzą z poleceniaminauczyciela. Chociaż skończyłem studia na kierunku matematyka,uczestniczyłem w lekcjach literatury, informatyki i innych. Zabierałemteż dzieci na lodowisko. Od czasu do czasu pomagałem też szkole wpracach biurowych. Właśnie w szkolnym biurze umiejętności Robertazostały zauważone i docenione. W pół godziny robił na komputerze to, coinnym zajmowało pół dnia. I tak już zostało. Myśl o karierzenauczyciela na razie porzucił, odpowiada mu to, co robi teraz. Jednakinnym, którzy chcieliby uczyć na Wyspach poleca zaczęcie karierywłaśnie od asystowania nauczycielowi. – Można przejść przez wszystkiestopnie i naprawdę poznać ten system – mówi – jeśli ktoś czujepowołanie do tego zawodu, na pewno da sobie radę.

Magdalena Gignal - Goniec Polski

Przeczytaj także artykuł "Jak zostać nauczycielem w Anglii?"

Wasze komentarze Dodaj komentarz

Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.

Brak komentarzy.